Byłem CTO i CMO firmy, która robiła 7mln+ zł w 4 miesiące w roku. Współtworzyłem Biblię e-Biznesu 3.0. Prowadziłem wykłady w Polsce, Bangkoku i kilku miejscach, gdzie ludzie płacą żeby słuchać — nie żeby zasnąć. Dziś robię jedną rzecz: wchodzę do Twojego e-commerce, oglądam liczby, których nikt nie ogląda — i mówię Ci wprost, gdzie tracisz kasę i co zmienić w pierwszej kolejności. Nie sprzedaję teorii. Sprzedaję znalezione pieniądze.
Większość właścicieli e-commerce wyobraża sobie katastrofę jako nagły pad serwera w trakcie dużej wyprzedaży np. Black Friday albo masowy wyciek danych. To błąd. Najgroźniejsze katastrofy są … ciche. Nie krzyczą komunikatami „404 Not Found”. Przeciwnie – pozwalają Ci wierzyć, że wszystko jest w porządku, podczas gdy pod maską Twojego biznesu dochodzi do powolnego wycieku gotówki a na koncie firmowym nie pojawiają się setki, tysiące czy nawet setki tysięcy złotych.
Jako osoba, która audytuje często czuję się jak detektyw śledczy albo nawet lekarz. Zostaję wezwany, gdy „pacjent” jeszcze żyje, ale z każdym miesiącem staje się coraz słabszy. Tak było i tym razem.
Kiedy otworzyłem panel Google Analytics 4 mojego klienta, wszystko wydawało się na miejscu. Wykresy i raporty e-commerce dumnie wyświetlały liczby w kolumnie „Dodania do koszyka”. Na pierwszy rzut oka – wzorcowy sklep. Ruch był kupowany masowo przez Meta oraz Google Ads, agencja raportowała tysiące interakcji, a właściciel zapewne widział, że ludzie „wrzucają do koszyka”.
Jednak bankowa rzeczywistość nie zgadzała się z tą analityczną nirwaną. Mimo tysięcy dodań do koszyka, finalna sprzedaż była nieproporcjonalnie niska. ROAS (zwrot z wydatków na reklamę) spadał trzeci miesiąc z rzędu. Agencja nawet nie zauważyła, że z 10224 koszyków, które powinny się utworzyć do remarketingu stan listy od roku pokazywał “za mało odbiorców”. W tym samym czasie Meta pokazywała ułamek tej liczby…
Mój proces zawsze zaczyna się od weryfikacji samego śledzenia np. Google Tag Managera (GTM) lub/i piksela Mety To serce analityki, które decyduje o tym, co widzą algorytmy Facebooka i Google. I to tutaj odkryłem „narzędzie zbrodni”.
W tym konkretnym przypadku doszło do błędu, który nazywam „zgaszeniem światła przed kasą”. Mechanizm był subtelny: Google Analytics pokazywał dodania do koszyka, ponieważ zdarzenie add_to_cart było skonfigurowane w sposób, który zbierał dane do raportów statystycznych. Ale na tym kończyły się dobre wiadomości.
Błąd wewnątrz kontenera GTM powodował, że te same dane nigdy nie opuszczały strony w stronę Google Ads. Piksel Mety był zainstalowany w przestarzałej wersji, co przy obecnych blokadach ciasteczek (ITP, AdBlocki) drastycznie ograniczało skuteczność mierzenia ruchu. W efekcie doszło do cyfrowego paraliżu:
Kiedy usiadłem do liczb to złapałem się za głowę. W ciągu ostatniego roku ten konkretny błąd dotknął 10 224 koszyków.
Dla systemów Google Ads i MEta Ads te 10 tysięcy osób – najbardziej gorących leadów, jakie można sobie wyobrazić – po prostu nie istniało. Nie można było do nich wrócić z precyzyjnym remarketingiem. Nie można było ich „domknąć” rabatem ani przypomnieniem. Co gorsza, algorytm optymalizujący reklamy uczył się na błędnych danych. Szukał nowych klientów „na ślepo”, bo nie dostawał sygnału zwrotnego o tym, kto faktycznie jest blisko zakupu.
Przy średniej wartości zamówienia, koszt tego błędu to aż 800 000 PLN. To nie jest kwestia słabej oferty czy braku klientów. To pieniądze, które leżały w zasięgu ręki, ale przez źle skonfigurowane śledzenie, systemy reklamowe ich nie zauważyły – a my straciliśmy szansę na ich domknięcie.
To najczęstsze pytanie, jakie słyszę: „Łukasz, płacę im co miesiąc, dlaczego nikt tego nie zauważył?”.
Odpowiedź jest bolesna: większość agencji operuje na powierzchni. Patrzą na ogólne wyniki w Ads Managerze. Jeśli sprzedaż spada, szukają winy w kreacji graficznej, tekście reklamy, albo proszą o większy budżet… Rzadko ktoś schodzi do poziomu „kodu źródłowego prawdy”. Audyt agencji zazwyczaj sprawdza, czy tagi „odpalają”, ale rzadko weryfikuje, czy dane, które niosą, są kompletne i użyteczne dla algorytmów.
Czasy “połowa marketingowego budżetu jest wyrzucana w błoto. Problem w tym, że nie wiem, która to połowa” minęły bezpowrtonie. Ten przypadek uczy jednej, brutalnej prawdy o nowoczesnym e-commerce: Twój marketing jest tak dobry, jak Twoja analityka i śledzenie. Możesz mieć najlepszy produkt na świecie i największy budżet reklamowy, ale jeśli Twoje „dziurawe wiadro” gubi dane o klientach, po prostu finansujesz błędy techniczne zamiast wzrostu.
Czego możesz się nauczyć z tej historii?
W tym e-commerce’owym śledztwie finał powinien być szczęśliwy – błąd został zauważony i zdiagnozowany. W ciągu kolejnych dni po poprawie przy tylu koszykach systemy reklamowe w końcu powinny zobaczyć, kogo mają ścigać.
Pytanie brzmi: Czy masz pewność, że w Twoim sklepie w tym momencie nie dzieje się katastrofa?